MOŻDŻER: KOMEDA – RECENZJA

MOŻDŻER: KOMEDA – RECENZJA
foto: Przemek Krzakiewicz Komeda wysadzany kryształkami Swarovskiego - tak w skrócie można przedstawić nową płytę pianisty Leszek Możdżer od wielu lat jest ulubieńcem publiczności oraz mediów i zapewne nowa płyta opublikowana przez niemieckie wydawnictwo ACT tylko umocni tę jego pozycję. Artysta już dawno został zakwalifikowany jako autor przebojowej, szeroko akceptowanej i mocno romantycznej twórczości, posługującej się tradycyjnym językiem muzycznym o bardzo komunikatywnej składni. Niektórzy krytycy zarzucają nawet od pewnego czasu Możdżerowi pewną manierę, wskazując, że zamknął się on w naiwnej emocjonalności, deprymującej nadmiernym liryzmem, ocierającym się niekiedy o sentymentalizm. Ten uczuciowy minimalizm prowadzi do przewidywalności, co artyście - nawet jeśli akcentuje w tym cechy swojego stylu - raczej nie powinno się przydarzyć. Muzyka ewokująca te same obrazy i stany traci swój artyzm i staje się najwyżej elementem rozrywki.

Nawet jeśli w tych słowach krytyki jest część prawdy o fenomenie Możdżera, w niczym nie powinno to przesłaniać jego talentu do tworzenia subtelnych nastrojów i pastelowych pejzaży. Trzeba sobie uświadomić, że w naturze muzyka nie leży ani gwałtowność, ani awanturniczość, która mogłaby zaskoczyć konfundującym ekscesem, krzywdzącym uszy przyzwyczajone do umiarkowania. I należy pogodzić się z tym, że Możdżer nigdy nie będzie koryfeuszem awangardy, gdyż jego drugim imieniem jest tradycja. A trzecim – elegancja.

Powiedziawszy to wszystko, należy zauważyć, iż Komeda w wykonaniu Możdżera doskonale mieści się w dotychczasowych dokonaniach pianisty. Artysta nie wypacza muzyki wielkiego polskiego kompozytora złożonymi improwizacjami, nowoczesną stylistyką czy dogłębną penetracją motywów. W przypadku tej płyty należy mówić raczej o eleganckim zdobnictwie, a nie zapierających dech w piersiach panoramicznych przetworzeniach. Czasami nawet można odnieść wrażenie, że legenda Komedy sparaliżowała muzyka, który wolał pozostać na bezpiecznym gruncie znanych rozwiązań. Powstał więc album lekko anachroniczny, z pewnością jednak przypadnie on do gustu amatorom smooth jazzu, szukających słodkiego ukojenia, delikatnego kołysania i łagodnych harmonii. Leszek Możdżer tą płytą po raz kolejny dowodzi, że nie jest i nie będzie Wielkim Improwizatorem – jest i zawsze będzie Wielkim Cyzelatorem, spod ręki którego wyjdzie jeszcze niejedna kusząca i dobrze sprzedająca się błyskotka.

Płyta jest wyśmienicie nagrana i każdego audiofila doprowadzi do wielogodzinnych lewitacji.

Kategorie: NOWOŚCI

Skomentuj