TEST: PRIMA LUNA EVO 300 HYBRID INTEGRATED AMPLIFIER

TEST: PRIMA LUNA EVO 300 HYBRID INTEGRATED AMPLIFIER
Pierwszy hybrydowy wzmacniacz holenderskiej marki Prima Luna z naddatkiem spełnił wszystkie nasze oczekiwania.

Kilka dni temu na łamach pewnego znanego miesięcznika audiofilskiego przeglądaliśmy listę płyt, które dla dziennikarzy tego pisma są płytami referencyjnymi. Przeglądaliśmy z zainteresowaniem, choć nie bez dosadnego poczucia straty czasu, które dosięgło nas, kiedy uświadomiliśmy sobie, że po raz kolejny czytamy o tych samych albumach sprzed 20, 30, 40, a nawet 50 lat.

To był powód, dla którego w pewnym momencie naszego audiofilskiego życia przestaliśmy odwiedzać, a było to na długo przed pandemią, wystawy sprzętu do słuchania muzyki, gdzie repertuarowa monotonia była zazwyczaj równie przykra jak unoszące się niczym brudna fala bałwochwalcze uwielbienie dla kilku drogich marek oraz kategoryczne wyroki wydawane na podstawie fragmentów nagrań Dire Straits, Czterech pór roku i Patricii Barber.

Wizyta na takiej wystawie była niczym pobyt w laboratorium psychologii klinicznej, w którym pacjenci ze wszelkiego rodzaju zaburzeniami kognitywistycznymi desperacko szukają uzasadnienia dla życia w audiofilskiej bańce. Takież właśnie wrażenia pustoszą nasze połączenia neuronowe, gdy po raz kolejny szacowni skądinąd seniorzy dziennikarstwa audio pastwią się nad nami swoimi ulubionymi fonogramami. Sami, oczywiście, długo żyliśmy w takiej bańce, lecząc swoje neurozy coraz droższymi terapiami, lecz w pewnym momencie przyszło opamiętanie i nasza audiofilia straciła swój nerwicowo-zapiekły charakter na rzecz modelu czysto hedonistycznego. Z gorączkowego szukania sprzętu przerzuciliśmy się na gorączkowe szukanie ciekawej muzyki.

Dlatego lubimy sprzęt, który sprawia, że dzięki niemu lubimy muzykę, którą lubimy, która nas intryguje i która wyprowadza nas na nowe perspektywy. Hybrydę Prima Luna 300 EVO lubimy, bo pozwala nam w nieskończoność słuchać muzyki, która lubimy i wobec której obojętni nie jesteśmy. Muzyki, która przyjmuje najróżniejsze formy – od klasycznej elektroakustyki Daphne Oram i Éliane Radigue, na marginesie – bohaterek znakomitego dokumentu pt. „Sisters with Transistors” – po radykalny postminimalizm twórców z grupy Wandelweiser, przez cały jazz, powagę i awangardę spod znaku IRCAM czy Darmstadt. Z domieszką hip-hopu, który ciekawi nas m.in. z powodu realizacyjnych fajerwerków.

Aby objąć takie spektrum muzyczne, nie wystarczy wzmacniacz uniwersalny, potrzebny jest wzmacniacz uniwersalny i wybitnie muzykalny, który nie będzie fałszował barw, przekłamywał dynamiki i łudził metrażem, poradzi sobie z łomotem łamiących się rusztowań, fortepianowymi kadencjami i orkiestrami dętymi z Bałkanów. Te wszystkie warunki spełnia nowa integra holenderskiego producenta. Jest tak dobra, że właściwie moglibyśmy darować sobie szukanie wzmacniacza, który byłby równie satysfakcjonujący w najtrudniejszych do reprodukcji gatunkach muzycznych.

To chyba pierwsza aparatura, która bez żadnych wątpliwości potrafi oddać dźwięk spotykany jedynie w najlepszych salach filharmonicznych. Dokładność w tej materii jest tak wysoka, iż bez trudu rozpoznacie, czy nagranie live zostało zrealizowane przez pełnej sali czy wypełnionej tylko w połowie. Słychać bardzo dokładnie różnice dynamiczne między poszczególnymi sekcjami orkiestry, szczegóły frazowania i artykulacji.

Bez lamp w przedwzmacniaczu (6x12AU7) niemożliwa byłaby do osiągnięcia taka szlachetność brzmienia, zaś bez tranzystorów (MOSFET) w stopniu mocy nośność i dźwięczność. Nie ma żadnych problemów, by rozpoznać, czy płyta została zrealizowana w ciasnej sypialni, w zagraconym studio gdzieś na Florydzie czy w audytorium, którego akustyka szwankuje z powodu złego projektu. A czasami to jest niemożliwe, przy obecnym stanie techniki nagraniowej i edycyjnej.

Skrzypce Stradivariusa błyszczą mistrzowską dojrzałością, altówka początkującego lutnika tnie gardło, natychmiast odkryjecie też, który pianista nie dorósł jeszcze do Steinwaya model D. Wzmacniacz jest bardzo szczegółowy, precyzyjny i selektywny w analizie zapisów, jednocześnie tworzy bardzo spójną scenę muzyczną, której przestrzeń zależy tylko wyłącznie od zamysłów realizatorskich. Gdybyśmy mieli się posłużyć oksymoronem do treściwego opisu charakteru tego wzmacniacza, wybraliśmy soczystą sprężystość albo bliską donośność. Wiele wzmacniaczy pełnię swoich możliwości osiąga w określonym paśmie akustycznym, nowa Prima Luna w całym dostępnym zakresie spisuje się bez zarzutu.

Wskazując zdecydowanie największe zalety holenderskiej hybrydy, wybieramy przestrzenność, dynamikę, detaliczność, szybkość i lampowe brzmienie. Moc – 2 x 150 W przy obciążeniu 8 omów – jest wystarczająca, żeby wystrzelić poza orbitę ziemską nawet największe i najbardziej oporne kolumny głośnikowe. Z naszymi lataliśmy przez ponad miesiąc praktycznie codziennie i po kilka godzin. Były to godziny upojne, pełne audiofilskich uniesień podtrzymywanych darami prestiżowych winnic i destylarni.

Audiofil spełniony to taki, który przestaje słuchać sprzętu, a zaczyna słuchać muzyki. Zaprawdę, niejeden odsłuchowy nerwicowiec pozbędzie się swoich wszystkich kłopotów, biorąc pod swój dach tę hybrydę. Jest świetnie wykonana, choć na pewno nie podąża za najnowszymi trendami w dizajnie przemysłowym. Nam jednak taka surowa, przemysłowa forma odpowiada wyjątkowo, tym bardziej że coraz częściej skłaniamy się ku sprzętowi, który spina audiofilów z dźwiękowymi profesjonalistami, nie mającymi atencji dla darmowego fantazjowania.

Prima Luna, napędzając nasze Nautilusy 804, przetwarzała dźwięk pochodzący z serwisu Tidal i naszej cyfrowej biblioteki hi-resów w MacBooku Air za pomocą konwerterów SPL Phonitor One D oraz RME ADI 2 Pro. Okablowanie – Audioquest. Trudno o lepszy zestaw. Naszym skromnym zdaniem.

I jeszcze jedno – wzmacniacz waży 29 kg. To istna skała. Skała, na której można zbudować prawdziwy audiofilski kościół. Kościół reformowany. Taki, w którym nie podziwia się nowych szat kapłana i nie składa próżnych ofiar na ołtarzach efemerycznych proroków płonących pożądliwą hipokryzją. Taki, w którym im skromniejsza liturgia, tym głębsze przeżycie prawdy.

Nie zawahamy się powtórzyć, że Prima Luna Evo 300 Hybrid mógłby być naszym jedynym i ostatnim wzmacniaczem w audiofilskiej egzystencji. Jego skromna forma kontrastuje z niezwykle pięknym wnętrzem, gdzie nie ma miejsca na złe wybory. Czy decydując się na taki krok, nie zachowalibyśmy się trochę jak ci zażywni panowie, którzy od pół wieku słuchają tych samych płyt będących dla nich miarą słuchowych doznań?

Bynajmniej. W tym miejscu przypomina nam się historia z biografii Kai Danczowskiej, wielkiej polskiej skrzypaczki, uczennicy Eugenii Umińskiej, niezrównanej interpretatorki dzieł Karola Szymanowskiego. Pani Umińska otóż w dowód wielkiego uznania dla talentu swej uczennicy podarowała jej w 1976 r. niezwykłe XVIII-wieczne skrzypce Januariusa Gaglianusa, lutnika wykształconego przez Stradivariusa, których brzmieniem zachwycał się sam Dawid Ojstrach, u którego pani Danczowska szlifowała swą maestrię. To skrzypce, które towarzyszą tej wspaniałej artystce przez całą jej bogatą karierę. Nowa Prima Luna, zbudowana w firmie pod kierownictwem Hermana van den Dungena, to właśnie taki nasz audiofilski Gaglianus.

Wzmacniacz kosztuje 36 tys. złotych. Szczegóły techniczne na stronie firmy Audiofast, której dziękujemy za możliwość przetestowania wzmacniacza.

Skomentuj